artyści  \ Stanisław Baj



W jego warszawskim mieszkaniu prawie nie mówi się o obrazach, które wielkimi stertami opierają się o ściany pracowni. Nawet ja, tak przecież wprawiona w wymuszaniu wyznań, uzyskam od niego tylko lakoniczne informacje typu: - To jest portret dziadka z kukurydzą, to święty wśród kur, to stara studnia.

Nie ufa słowom albo nie chce ich nadużywać. Alfabetu jego obrazów muszę uczyć się sama. On mi w tym nie pomoże.

Tego rodzaju "wstyd" nie jest obcy niektórym poetom. Zwłaszcza tym, którzy budują swoje wiersze z bardzo osobistych doznań. Tego rodzaju "wstyd" noszą w sobie jeszcze niektórzy mieszkańcy wsi. To rodzaj niechęci do obnażania własnej duszy. To chłopska powściągliwość w mówieniu o sobie. Przeświadczenie, że do spowiedzi upoważnia tylko konfesjonał.

Jest asystentem na warszawskiej ASP i synem chłopa. On tylko wie, jakie są koszty wewnętrzne takiego awansu.

Ale o swojej rodzinnej wsi, o Dołhobrodach położonych nad Bugiem, opowiada dużo i chętnie. Odległość 200 km od Warszawy nie przeszkadza mu być na bieżąco we wszystkim, co się tam dzieje. Ku utrapieniu żony wciąż szuka pretekstów, żeby wyskoczyć do Dołhobrodów. Choćby na dzień - dwa. Niby po jabłka, niby po kiełbasę, a tak naprawdę z wewnętrznej potrzeby. Dołhobrody to dla niego jedynie prawdziwy i warty zachodu świat.

Śledzenie wsi. Podpatrywanie ludzi. Okiem malarza, psychologa, filozofa, poety. Potem to wszystko wsączy się jak w gąbkę w jego obrazy i uzyska szeroki, uniwersalny wymiar.

Jego opowieści o ludziach stamtąd aż proszą się, aby je przetworzyć w poetyckie opowiadania, jak na przykład ta o nieżyjącym już Antonim Marciosze, który witał wieś muzyką. Wyjeżdżał gdzieś rowerem, wracał póˇno i kiedy dojeżdżał do Dołhobrodów, zatrzymywał się w polu. Z jakiejś torby czy tobołka wyciągał okarynę. Jak on grał! Delikatne dˇwięki starego instrumentu leciały jak nocne motyle ku mgłom opadającym na Bug. Albo Adam Weremczuk, ludowy rzeˇbiarz. Gdzie on wypatrzył te panny święte - strzeliste, gotyckie - tak niepodobne do hożych wiejskich dziewuch? Adam Dejneka zawsze pierwszy zauważył skowronka i umiał wróżyć pogodę z lotu ptaków. Kiedyś syn podarował mu magnetofon. Dejneka ulokował się z tą aparaturą w szuwarach i nagrał kumkanie żab, które potem odtwarzał zimą z taśmy dla wywołania wspomnień o lecie. "Żabi koncert". Jeden z najlepszych obrazów Stanisława Baja. Stary mężczyzna na tle granatu wieczornego nieba. Zespolony, zintegrowany z tajemniczą melodią (może kosmosu?), która przenika go, rozświetla jego twarz, przyzywa ku jakimś mrocznym głębiom. Zadziwiający bezruch i spokój obrazu. Nazwanie tego, co w człowieku nienazwane.

W polskim malarstwie wieś pojawiała się dość często. Malowano ją z upodobaniem jako krainę nostalgicznych pejzaży, wyszywanych gorsetów i czapek z pawimi piórami. Albo - dla odmiany jako ponure miejsce skazanych na nędzę i głód niewolników. W niechlubnym okresie socrealizmu wieś zaistniała w sztuce traktorami, dorodna pszenicą i eleganckimi kombinezonami pracowników PGR.

Wieś jako dekoracja, jako interwencja, jako narzucone odgórnie hasło. Zawsze prezentowana przez kogoś z zewnątrz. Rzadko prawdziwa.

Baja nie interesują maski i kostiumy, w które przez cale wieki przebierano chłopa. Dla niego wieś to on sam. To jedna ze scen, na której człowiek -jak zawsze i wszędzie - zmaga się z samotnością, boi się, cieszy, wygrywa, przegrywa i buduje - w oparciu o własne doświadczenia - swoją kulturę, obyczaj, tradycję.

"Nadajesz się do łopaty". Jakie to miejskie określenie, jak nie przystające do chłopskiego systemu wartości. Na wsi łopata nie jest wcale synonimem życiowego upadku. Jest narzędziem jednym z najpotrzebniejszych. Sportretowany przy łopacie człowiek ma twarz zmęczoną, ale i pełną godności. Łopata wcale go nie deprecjonuje. To nie kara, lecz konieczność i przeznaczenie.

Podobną wymowę ma gnój na obrazie "Sen Staśka". Za plecami drzemiącego mężczyzny kłębią się brunatno-złote masy gnoju. Ten sen o gnoju - przedłużenie dnia, spędzonego przy widłach - nie musi być wcale koszmarem. Stasiek uśmiecha się błogo, twarz ma prawie szczęśliwą. Tu, na wsi, gnój nie drażni nozdrzy. Ma swoją wartość. Coś gnije, obumiera, aby mogło zaistnieć nowe życie.

Prawie wyłącznie portrety starcze, bo przemijanie wydaje się najbardziej interesować Baja. Przemijanie obecne w zmarszczkach, w bruzdach, w pochyleniu sylwetki, w ciężkim zawieszeniu ręki. Jeszcze pracują, jeszcze uczestniczą w życiu wsi, jeszcze chcą tyle po. wiedzieć, ale czas zwraca ich nieubłaganie ku ciemnym ścieżkom przeznaczenia. W obrazach Baja czai się śmierć.

Śmierć ma tu jednak oblicze spokojne i wychodzi ku człowiekowi na spotkanie w smutny, zaplątany w białe mgły dzień. Jest oczekiwana bez buntu, z cichą rezygnacją. Tak na śmierć czekają rośliny i zwierzęta. Dopełnił się nasz czas. Odchodzimy jak trzeba. Oto mądrość kultury zwróconej ku naturze i jej prawom.

Przepiękny obraz "Odejście". Staruszka (chyba stuletnia) rozpościera przed sobą czarną chustę. Za chwilę drobne kosteczki rąk uniosą miękką materię ku górze. Za chwilę czerń przesłoni świat. Już nikłe, przezroczysta, prawie nieobecna. Ale przecież pogodzona i spokojna pod wysokim, majestatycznym niebem. I ten uśmiech wtajemniczenia. Ona coś wie, jakaś cząstka tajemnicy już na nią spłynęła.

"Pan Żyro w kapeluszu". Stary człowiek, bure tło. Nic, żadnego rekwizytu. prócz krzywej żerdki; przecinającej w poprzek płaszczyznę płótna. Brzydki, samotny pan Żyro jak stara żerdka, jak grudka ziemi, jak polny kamień. Nikt nawet nie zauważy jak przejdzie błotnistą drogą na tamtą stronę i zniknie na zawsze pośród bezlistnych, jesiennych brzóz wiejskiego cmentarza.

Nieefektowność tych obrazów, ich surowość granicząca z brzydotą. Świat wideł, łopat, gnoju, starczych twarzy, nieforemnych sylwetek, burych kaftanów, brudnych portek. Kolory ziemi, gnoju, zadeszczonego dnia, bezksiężycowej nocy. A jednak obrazy Baja nie odpychają. Przeciwnie - fascynują i zapadają w pamięć. Te nieruchome twarze, ten spokój, te półmroki, ciemności rozmyte przez tajemnicze światło. Jeśli miałabym z czymkolwiek porównać portrety Baja to chyba tylko z ikoną. W ikonie chodziło o pokazanie niewyrażalnej tajemnicy Boga. Tu zaś chodzi o pokazanie równie niewyrażalnych tajemnic natury. Tych sił, żywiołów, rytmów, którym poddawała się z mądrą pokorą dawna wieś.

Stanisław Baj, rocznik 1953. Niewiele wystaw indywidualnych jak na talent tej miary. Trochę więcej "udziałów" w ekspozycjach zbiorowych - tam jednak obraz w oderwaniu od całościowego dorobku zwykle traci.

Tworzy z dala od środowiska i bez specjalnej akceptacji tzw. kreatorów sztuki współczesnej. Również dlatego, że programowo i konsekwentnie odcina się od sztuki panującej w salonach wystawowych: abstrakcyjnej, konceptualnej i jakiejś tam jeszcze.

Złośliwi nazywają go "realistą" i zarzucają mu artystyczny konserwatyzm. Tak było od początku jego twórczości. Na studiach koledzy (z reguły ci nie dorastający mu do pięt) określali jego obrazy pogardliwym mianem "chełmońszczyzny".

Znany krytyk, Roch Sulima, tropiący związki między kulturą ludową i współczesną, napisał w szkicu poświęconym twórczości Baja:

"... obrazy Baja muszą dopiero czekać na odkrycie i nazwanie artystyczne."

I dalej:

"Stanisław Baj, jako malarz, działa w miejscu zaskakująco pustym. Jego malarstwo nie ma alternatywy, jest konieczne i jedyne. Można powiedzieć, że jest to malarstwo bezalternatywne w wyrażaniu chłopskiej totalności".

ANNA JABŁOŃSKA




galeria | artyści

do góry © www.artmera.pl do góry